Dom zapomnianej artystki na wzgórzu. Tajemniczy dworek, cz. I

By // Brak komentarzy:
Tak jak obiecałam, dzisiaj zaczynam opisywać miejsca, które są niezwykłe. Niezwykłe pod wieloma względami, ale zawsze wzbudzają emocje.
Pierwszym z takim miejsc będzie mój ukochany dwór, do którego wróciłam znowu dzisiaj. Wracam z niego nieco smutna ze względu na to, co zaczyna się z nim dziać, ale pomimo tego wciąż jest wspaniały. Zdjęcia, które zobaczycie będą z 1920. Nie wiadomo, do kogo należał od samego początku, na czyje zlecenie go wybudowano. wiadomo jednak, kto od lat 80-tych zajmował to miejsce i stworzył w nim miejsce swojej pracy, miejsce dla siebie i dla rodziny.

(...) A w rozmowie na temat kupna domu w górach, odradzał mi Pan ten pomysł sugerując, że jako plastyk i miłośnik starej architektury powinnam się zaopiekować jakimś starym dworkiem. I rzeczywiście całkowicie przyznaję panu rację."
Tak, jak pisała w 1989 roku - jeszcze z Poznania - mieszkająca tutaj artystka, tak też zrobił. Było tuż przed jej ślubem, kariera dopiero była przed nią. Tak pisała w tym samym liście:

Z grubsza przypomnę swoją osobę. Otóż jestem z wykształcenia artystą plastykiem. (...) Zamierzam w niedalekiej przyszłości zająć się malarstwem.
Jak widać, jej kariera potoczyła się dobrze. Kupiła dworek, mieszkała w nim i pracowała. Znalazłam kilka jej prac - jako artystka ludowa zajmowała się głównie haftem, ale jeśli chodzi o rysunek czy malarstwo, także tworzyła piękne rzeczy. Dużo zaproszeń z różnych miejsc, dalszych oraz bliższych świadczą o tym, że była naprawdę cenioną i poważaną artystką, także w kręgu stricte artystycznym. W domu tym mieściła się artystka - trudno sobie wyobrazić, ale praktycznie każde pomieszczenie było wypełnione jej dziełami.
Po wielu godzinach, które spędziłam na czytaniu korespondencji, zapisków notesie czy zeszycie, mogę co nieco powiedzieć o pani Teresie. Wiem, że to bardzo nieładnie czytać cudzą korespondencję, ale jak się okazuje, to obecnie jedyny sposób, aby utrzymać pamięć o pewnej pani Teresie, które całe swoje życie poświęciła sztuce ludowej, inspirując się otaczając przyrodą i kulturą, odtwarzając ją potem na materiałach, kartce czy płótnie. Pierwszy dokumenty, który wpadł w moje ręce nieco mnie zniechęcił do jej osoby. Ogromny błąd ortograficzny sprawił, że pomyślałam o osobie, która tutaj kiedyś mieszkała, że była prostą osobą, która zapewne ani nie prowadziła ciekawej korespondencji, a tym bardziej, że nie miała jakiś nadzwyczajnych i ciekawych zainteresowań. Sięgnęłam jednak po zeszyt i powoli poznawałam tę kobietę. Okazuje się, że była niezwykle oczytana i posiadała bardzo rozległą wiedzę i to nie tylko z zakresu sztuki, ale także...medycyny! Prócz swoich własnych notatek tworzyła także zeszyty z wycinkami z gazet, aby wiedzieć coraz więcej. Miała na pewno syna, którego bardzo kochała. Znaleźć można także liczne laurki dla "kochanej mamy". Pani Teresa była osobą bardzo religijną - do dzisiaj znajdziemy wiele modlitewników i dewocjonaliów, a na jednej ze ścian wisi duży, drewniany krzyż. Jako artystka, która pod koniec swojej kariery zajmowała się głównie hafciarstwem artystycznym i koronkarstwem była estetką i ukochała sobie meble, które dzisiaj można już nazwa antykami, a które ciągle zdobią wnętrze.

Dzisiaj pozwolę sobie skończyć opowieść o Pani Teresie i tym miejscu. Ale niebawem, bo już za kilka dni będziecie mogli tutaj wrócić po więcej. Opowiem, jak bardzo dwór jest dziwny, jak ogromne emocje wywołuje, dlaczego tak może być i pokażę, jak było tutaj kiedyś, czyli wtedy, gdy tętniło tutaj życie i było pełno sztuki.




















Diament w centrum wsi. Opuszczony dwór z XIX wieku.

By // 6 komentarzy:
Dwór odwiedziłam w zimie ubiegłego roku. Natrafiłam na niego przypadkiem, kończąc eksplorację okolicznych wsi. Była to bardzo owocna niedziela - tyle obiektów nie udało się dawno zobaczyć, co wtedy! W dodatku pogoda bardzo dopisywała - niebo było intensywnie niebieskie i do pewnej godziny mocno świeciło słońce. I jak tutaj nie chcieć dalej szukać i zwiedzać?
Zobaczyłam zarys dworu za rosnącymi bardzo blisko siebie drzewami. Już z daleko wyglądał imponująco. Jednak dopiero po znalezieniu się naprzeciwko niego i zobaczeniu go w całej okazałości wraz z ogromnym parkiem mogłam w pełni zachwycić się tym miejscem. Dwór mimo tego, że jest tylko parterowy sprawia wrażenie bardzo rozległego. Założony na planie prostokąta  czterokolumnowym fortykiem od strony południowej dworu oraz sześcioboczną przybudówką , którą mieściła malutki salonik.
Dwór zbudowany został w XIX wieku. Przed II Wojną Światową zamieszkiwała go szlachecka rodzina Stojanowskich. Niestety, to jedyne informacje o dawnych mieszkańcach dworu. Jeszcze w 2009 zamieszkiwały dwór rodziny, którym przydzielono w dawnym dworze mieszkania komunalne. Niestety, niedługo po 2009 roku rodziny wysiedlono, nie wiadomo niestety, co było powodem wysiedlenia. Najprawdopodobniej stało się to ze względu na stan budynku, który wymaga z pewnością gruntownego remontu.
Do dworku przez cały park prowadzi aleja wierzbowa, która dzisiaj jest już częściowo zniszczona. Niestety, nie tylko on - na zdjęciach, które wykonałam wyraźnie widać, że budynek także ulega stopniowemu zniszczeniu. Elewacja dworu powoli z niego znika, wszystkie architektoniczne detale znajdujące się na zewnątrz także - kruszeją, odpadają, niszczą się. Nawet schody prowadzącego do drzwi wejściowych wyglądają coraz gorzej. Ciężko powiedzieć, ile ten budynek jeszcze zniesie, ale jego obecny stan oraz fakt, że wysiedlono stąd rodziny, które naprawdę potrzebowały dachu nad głową co nieco świadczy o jego realnym stanie i rokowaniach.
Dlaczego "Diament"? Czy to ze względu na jego piękną architekturę, położenie i otoczenie parkiem, który latem musi robić niesamowite wrażenie? Na pewno też, ale "Diament" to też nazwa spółdzielni produkcji rolnej, do którego obecnie należy dwór, a który kiedyś miał w nim pomieszczenia biurowe. Czy ktoś, kto kocha zabytki, ma wystarczającą ilość cierpliwości i przede wszystkim pieniędzy będzie w stanie uratować tę perłę wśród okolicznych dworów? Czy zachwyci nas jeszcze swoją urodą w pełni? Mam nadzieję, że tak.
Na końcu mojej fotograficznej relacji umieszczam zdjęcia archiwalne. Nieznany jest mi rok ich wykonania ani ludzie, którzy się znajdują na fotografiach. Może ktoś z Was ich zna? Jeśli tak, chętnie posłucham waszej opowieści :)










Tylko o tym zdjęciu wiem cokolwiek - rok 1920, na zdjęciu napisane "Zygmunt"



Opuszczony młyn ukryty między lipowymi alejami. Zielona historia.

By // 2 komentarze:
To już kolejny obiekt z podkarpackiej wsi, którą odwiedziłam w lipcu. Okazało się, że okolice te są zasobne w opuszczone miejsca i to różnego rodzaju. Jednym z takich obiektów jest opuszczony młyn. W letniej odsłonie prezentuje się on fantastycznie - zieleń pokrywa nie tylko drzewa, obrastając je co do centymetra, ale także budynek młyna, który działał bardzo wiele lat. Czy natura przejmuje już młyn wodny, czy po prostu przyozdabia go i dodaje mu uroku? To ocenić należy samemu. Ja uważam, że zieleń pięknie potrafi współgrać z okolicą i opowiada krótko historię tego miejsca, która jest długa i nie do końca oczywista.
Pierwsze wzmianki o młynie wodnym pochodzą z I połowy XVIII wieku. Był to zapis o istnieniu młyna wodnego o jednym kole i dwóch kamieniach na "Dębiaku". Pobliska miejscowość była w tamtym okresie kolonią niemieckich osadników zatem można przypuszczać, ze to właśnie oni rozbudowali młyn i go udoskonalili. Ze wsią, oraz z młynem związana była rodzina Brandtów. Najprawdopodobniej była to "spolszczona" szlachta niemiecka. Młyn należał do nich. Mieli trzech synów: Ten, który robił w polu to Fryc, ten w młynie - Alfred i ostatni, który mieszkał kilometr od wioski - Kazik. Po śmierci rodziców budynek znalazł się w rękach Kazika. Prosperował świetnie, ze wsi dochodził warkot pracującego młyna wodnego... Co do osadników niemieckich: mieszkańcy wsi nie utrzymywali z nimi zażyłych kontaktów,ba! Nie utrzymywali z nimi  ogóle kontaktu. Według nich Niemcy byli zimni i odstręczający.
W okresie międzywojennym młyn należał do mecenasa Edwarda Winscha, który go zakupił. W okolicy młyna, w jednej z alei lipowych znajduje się bardzo stara (dzisiaj można chyba śmiało powiedzieć, że zabytkowa) kapliczka Matki Bożej, którą ufundował Winsch jako wotum za cudowne ocalenie życia chorej żony.
Nie tylko przyjezdni doceniają piękno tego miejsca, także okoliczni mieszkańcy roztkliwieni opowiadają historię tego miejsca. Czasami są oni na tyle nietrzeźwi, że ciężko utrzymać im się na nogach, ale opowieść o miejscu idzie im bardzo sprawnie, czasami wręcz recytując encyklopedyczną notkę. Rzeczywiście, warto o tym miejscu pamiętać i ciągle przywoływać je w rozmowie, bowiem widać, że mimo setek lat, które już ma, coraz gorzej sobie radzi i powoli się rozsypuje. Najlepiej widać to wpatrując się między szpary w drzwiach wejściowych gdzie widać dziurę w suficie.  Jednak ono ciągle trwa i zachwyca - czy to wiosną, latem albo jesienią. Ciągle tak samo piękne.

Moja fotograficzna relacja z lipca tego roku:













Nawiedzony klasztor. Tajemnice ruin na wzgórzu.

By // 8 komentarzy:
Miejsce to jest niezwykle czarujące. Ma urok - niesamowicie wygląda w jesiennej oprawie. Zniewalający wygląd to tylko jedna strona tego klasztoru w Zagórzu. Druga, ciemniejsza strona mówi legendzie z duchami, które do dzisiaj można zobaczyć nocą w ruinach klasztoru.
Najpierw jednak poznajmy trochę historię tego wyjątkowego miejsca. W 1700 roku ufundować go miał Jan Adam Stadnicki. Zafundowanie tego klasztoru miało być podziękowaniem za ocalenie życia w wojnie północnej. Budowa trwała 30 lat, ale już przed zakończeniem budowy sprowadzono zakonników z Przemyśla, byli to Karmelici Bosi. Dodatkowym życzeniem fundatora było takie, aby zakonnicy opiekowali się dwunastoma inwalidami wojennymi. W  zakonie było miejsce na szpital, którego pierwszymi rekonwalescentami byli weterani odsieczy wiedeńskiej. Mury tego zakonu pamiętają czasy m.in. Konfederacji Barskiej.22 listopada żołnierze, którzy bronili klasztoru zmierzyli się z siłami rosyjskimi. Klasztor został ostrzelany podczas tej bitwy i uległ częściowemu zniszczeniu. Potem klasztor został oczywiście odbudowany przez zakonników, ale już nigdy nie odzyskał całkowitej świetności.
Wielki  pożar, który strawił w 1822 roku klasztor nadał jednocześnie kres jego istnieniu.  Wynik śledztwa austriackiej policji był zaskakujący: najbardziej prawdopodobnym powodem pożaru była kłótnia przeora z młodym zakonnikiem. W wyniku szamotaniny jedna z lamp, która oświetlała pomieszczenia spadła i spowodowała pożar. Próby odbudowania były niedane, niedługo potem rozwiązano zakon w Zagórzu. Ostatnia próba odbudowy rozpoczęła się w latach 50-tych XX wieku i nawet bardzo dobrze szło. Niestety, kapłan który był pomysłodawcą i motorem zmian w Zagórzu zmarł, a niestety nikt nie chciał go zastąpić i doprowadzić odbudowy do końca. Od prawie 200 lat klasztor ten jest tylko ruiną. W zasadzie jest to bardzo majestatyczna ruina i ciężko uwierzyć, że od czasu jego opuszczenia i zniszczenia minęło aż tyle lat. Na murach widać wciąż fragmenty fresków, które - mimo zniszczenia - są dość wyraźne i ciągle biją z nich żywe kolory. Niektóre architektoniczne detale do dzisiaj zachwycają. Ruiny są zabezpieczone i można wejść na wieżę widokową, z której dobrze widać okolicę. Kiedyś wypatrywali z niej zakonnicy, żołnierze, bowiem klasztor miał charakter obronny.
Klasztor karmelitów bosych to miejsce owiane legendą. Według okolicznych mieszkańców zakon ma swojego opiekuna. Mieli oni widzieć tutaj widzieć tajemniczą postać błąkającą się między ruinami odziany w średniowieczną zbroję. Według nich to ostatni z rodu wielkich rycerzy Rzeczpospolitej - Marcin Nieczuja. Inni natomiast uważają, że ten duch to zakonnik odpowiedzialny za pożogę klasztoru. Jednak to nie koniec legend związanych z tym miejscem. Ciekawa jest także opowieść o Zbójniku Ugarku. Straszliwy opryszek miał schować się tutaj - w mniszych kryptach - przed surową, austriacką sprawiedliwością.
Warto odwiedzić to miejsce i skonfrontować legendy z rzeczywistością - czy spotkacie tam ducha rycerza, zbójnika a może zakonnika? Przekonajcie się na własnej skórze.
Na samym dole umieszczam archiwalne zdjęcia zakonu.

Źródło tekstowe, na którym oparty został tekst: wycieczki-biesczady.pl, zdjęć archiwalnych: fotpolska.eu, parafia-zagorz.pl














Kartki zrobione przez zakonników, z których dochód przeznaczony został na odbudowę klasztoru. Lata 50-te XX wieku.



Klasztor w roku 1924

Followers

Recent Posts

Popularne Posty

Popularne Posty