niedziela, 2 kwietnia 2017

Niemy świadek rozstania. Opuszczony dom na wzgórzu

Żeby dostać się do tego domu, trzeba było pokonać kawał drogi. A jak to w życiu bywa, nie była ona zbyt łatwa - zakręcona, cały czas do góry, i to w dodatku stromej. Łatwo nie było, pewności, że miejsce będzie w stanie, który zezwoli na oglądanie, "zwiedzanie" - nie było. Bo jak można się domyśleć, stan opuszczonych budynków może zmienić się bardzo szybko, raz są one dostępne, za tydzień już może nie być wejścia albo - co gorsza - może już nie być budynku.
Pogoda sprzyjała, okoliczności natury także. Piękna, złota jesień umilała tę ciężką wędrówkę. Kiedy już byłam na miejscu, zobaczyłam małe gospodarstwo - ot, takie sobie niczym się nie wyróżniające. Na wielu wsiach widziałam podobne, tyle, że jeszcze zamieszkane. To takie miejsce, gdzie stare budownictwo łączy się z pewnymi unowocześnieniami, które chociażby widać w całkiem nowych i trochę (jak na owe czasy nawet na pewno!) dizajnerskie drzwi czy też małe elementy wyposażenie. Wejście nie było łatwe, bo jedynie przez okno. W środku czekał na gości taboret, który pomagał salwować się przed upadkiem, ale niestety - podłoga nie była już taka skłonna przyjmować kolejnych odwiedzających, zapadała się na długości całego korytarza. Jeden nieostrożny ruch i można utknąć w takim miejscu na długo.
Miejsce ma nietypowy klimat. Kojarzy mi się trochę z wieloma dokumentami kryminalnymi i momenty, w których prezentowane są dość brutalne wydarzenia i dzielnice, które nie mogą cieszyć się dobrą sławą. Dla mnie to miejsce miało coś z dawnej Nowej Huty w Krakowie, przeszłych "Szmulek" w Warszawie i najciemniejszych dzielnic Pragi Północ albo zakątków Dworca Centralnego sprzed ponad 10 lat, gdzie kręcili się różni, niekoniecznie przyjaźnie nastawieni ludzie. Najmocniej poczułam to wchodząc do salonu - po każdej stronie rozstawione wersalki, na środku stolik, światło wpadało do pokoju, ale było bardzo stłumione, ciężko powiedzieć, że to miejsce, w którym chce się pić niedzielną, poobiednią kawę i zagryzać herbatnikami. Z sufitu opada już tynk, ten pokój najszybciej sypie się ze wszystkich. Kuchnia za to sprawia najmilsze wrażenie. Na ścianach porozklejane są plakaty gwiazd, idoli nastolatków sprzed kilku i kilkunastu lat. Widać, że ktoś był na czasie i czytywał "Bravo", które do dzisiaj jest sławne wśród młodzieży. Niestety, niewiele osobistych rzeczy znalazłam w tym domu, można nawet powiedzieć, że praktycznie żadnych, bo kalendarz z papieżem albo gazeta sprzed dekady to nie są żadne pamiątki, to nie jest coś, po czym można poznać człowieka. Ale jako, że zawsze bardzo chcę poznać historię odwiedzanych przeze mnie miejsc, grzebałam i to do skutku: udało się znaleźć jeden dokument, który wyglądał po prostu jak kwitek, niezbyt znaczący. Jak się okazuje, ten mały skrawek papieru musiał mieć duże znaczenie, bowiem dziecko, które mieszkało tutaj ze swoją matką zostało zgodnie z wyrokiem sądu skierowane do domu dziecka. Co musiało się dziać, że musiało tam odejść? Czy słusznie, czy na pewno ta historia powinna się tak potoczyć? I czy dlatego to miejsce stoi teraz opuszczone? Nie wiem, czy ja kiedykolwiek znajdę odpowiedź na to pytanie. Wiem tylko to, że dom rodzi niesamowicie przygnębiające wrażenie, nie widać, żeby mieszkali tutaj kiedykolwiek "żywi" ludzie a jeśli, to nie było tutaj pozytywnej atmosfery i to chyba pozostawili w tym miejscu - smutek.

Fotorelacja z października 2016 roku















Czytaj dalej »

środa, 29 marca 2017

Przerwana lekcja życia. Opuszczona szkoła na Śląsku, cz. III

Mimo tego, że miejsca w szkole było dość dużo miejsca i dla osób uczących się na poziomie szkoły podstawowej ale także i dla tych, którzy rozpoczęci edukację w gimnazjum, gmina, na terenie której leżała szkoła szukała oszczędności i robiła to dość drastycznie. Rodzice uczniów szkoły jak i wszyscy mieszkańcy nie tylko tej miejscowości, ale i reszty mocno protestowali - podobno mówili, że sami będą sprzątać, remontować szkołę, kupować drewno na opał. Mówili, że zamykając tę szkołę doprowadzą do śmierci wsi, bowiem kiedyś te małe, wiejskie szkoły tętniły życiem i dawały dzieciom szanse na rozwój w miejscu zamieszkania a nie 30 km od miejscowości, co wcale nie utrudniało im sprawy - wracałyby ze szkoły przemęczone, czasami autobusy i autobusy mogły po prostu nie przyjechać z różnych powodów, zatem marnowałyby najzwyczajniej w świecie dużo czasu. Kiedy podjęto decyzję o likwidacji szkoły, jeszcze chwilę po niej w szkole uczyły się dzieci: do podstawówki chodziło 8 uczniów, do przedszkola także 8 a do zerówki - 7. Stowarzyszenie, którzy założyli mieszkańcy i miało działać dla uczniów a lekcje miały się ciągle odbywać, mimo tego, co zapewniło kilka osób - nie przetrwało, nie otrzymało odpowiedniego wsparcia. W 2003 roku placówka została zamknięta, a dzieci musiały rozpocząć edukację w innych szkołach.
Czy czasami wracają wspomnieniami do tego miejsca, czy może już całkowicie o niej zapomnieli?
Ciężko cokolwiek o tym powiedzieć, dzieci w okolicy nie widziałam, nie było kogo o to zapytać. Pewnym jest, że w mojej pamięci miejsce to utkwi na zawsze.

Fotorelacja z 23 września 2016 roku




















Czytaj dalej »

czwartek, 16 marca 2017

Przerwana lekcja życia. Opuszczona szkoła na Śląsku, cz. II

Ta wiejska szkoła jest naprawdę wyjątkowa. Kiedyś miałam okazję odwiedzić inną opuszczoną placówkę edukacyjną, która była nawet większa niż ta, którą obecnie opisuję ( o tej szkole pisałam we wrześniu tutaj), jednak nie mieściła w sobie aż tak wiele. Bo ten tutaj budynek pełnił funkcję szkoły podstawowej, gimnazjum i...przedszkola! Niesamowite, prawda? Jeszcze bardziej zdumiewa fakt, że oddział przedszkola mieścił się w zaledwie dwóch salach a w kolejnych znajdował się już oddział szkoły podstawowej. Zresztą, zaraz obok przedszkola, w dość klaustrofobicznym pomieszczeniu mieściła się biblioteka, zatem dzieci uczące się w gimnazjum musiały być dość częstym gościem w tych okolicach - w końcu chyba czytali i wypożyczali lektury.Dzisiaj jest to nie do pomyślenia, aby tyle oddziałów mieściło się obok siebie - dzieci z podstawówki izolowane są od tych z gimnazjum i na odwrót. Tutaj jak widać nie było to chyba wielką przeszkodą w funkcjonowaniu placówki, ponieważ działała ona kilkanaście długich lat.
W wielu salach pozostało dużo specjalistycznego sprzętu. Sprzęt z sali biologicznej, chemicznej, fizycznej... w niejednej szkole wciąż takich sprzętów brakuje, tutaj leżą, czekają na lepszy czas, chociaż chyba powoli nie ma szansy, że kiedykolwiek jeszcze zostaną użyte. W jednej z sal znajduje się dość dużo łóżek, ich położenie nie wskazuje na to, że zostały one poukładane przypadkowo albo już po opuszczeniu miejsca. Raczej od zawsze znajdowały się one w tym samym miejscu. Być może odbywały się tutaj nocne koła naukowe, ale było to miejsce dla harcerzy, którzy przyjeżdżali z innych, małych miejscowości. Możliwe jest też, że przedszkole wykorzystywało to miejsce do popołudniowego leżakowania maluchów, chociaż musieli oni wykonać dość sporą drogę, aby odpocząć, bo aż na drugie piętro! ;) Taka wędrówka przez te długie korytarze może zachęcić do spania, bo mało zostaje sił do łobuzowania z kolegami.
Bardzo zaciekawiły mnie szafki, które stały tuż przy wejściu na korytarz na parterze. Ja sama takie szafki miałam, ale dopiero w gimnazjum - mogłam tam trzymać tylko buty i kurtkę, żadnych książek, nie było po prostu na to miejsca. Tutaj szafki jawiły się jak spełnienie "amerykańskiego snu" - można było trzymać tam i ciuchy i książki, jak nastolatkowie z seriali zza oceanu. No i w końcu można było wyrazić siebie za pomocą naklejek i napisów na drzwiach szafek!
Ale żeby nie było tak bardzo nowocześnie musiała znaleźć się i sala, która mocno związana jest z religią. Nie byłoby nic w tym dziwnego, ponieważ większość szkół ma klasy do wykładania religii czy też etyki, jednak ta była wyjątkowa. Obrazy - jeden, który uznaję za klasyka i który spotykam w większości opuszczonych wiejskich chat, na którym znajduje się Maryja z dzieciątkiem i św.Józef, chociaż tutaj namalowani trochę niestandardowo i drugi - Jezus, który ułożony jest z fałd skóry. To dość drogie obrazy i zawsze robią na mnie wrażenie, zwłaszcza, kiedy spotykam je w opuszczonych miejscach. Najciekawszym elementem w tej sali są chyba krzesła kinowe. Skąd się tutaj wzięły? Czy w okolicy było jakieś kino, które wyburzono i szkoła na tym zyskała, mogąc robić własne seanse, wieczorki filmowe? Tego niestety nie wiem i chyba - nigdy się nie dowiem. Jednak ciekawość i zdumienie pozostaną :)

Fotorelacja z 23 września 2016 roku





























Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia