Macewy porośnięte mchem, tajemnicą i wspomnieniami. Kirkut w sercu postindustrialnego miasta, cz. I

By // 1 komentarz:
Łódź to miasto, które kiedyś było dla ludzi a ludzie dla niego. Dawało duże szanse, jednym na pełny rozwój, stworzenie dochodowego biznesu innym dawało jeść, była praca, było gdzie mieszkać, można było zaznać spokój, którego w innych częściach naszego kraju nie było pod dostatkiem. A przecież spokój to jedna z ważniejszych rzeczy dla człowieka. Szukali go tutaj także polscy Żydzi i znaleźli, niestety - nie na długo.
Ludzie rodzą się, żyją, umierają - taka kolej rzeczy, dlatego zaczęto budować cmentarze. Wzniesienie pierwszego żydowskiego przy ul. Wesołej datuje się na 1811 rok. W końcu XIX wieku był już jednak w całości zajęty, dlatego pojawiła się potrzeba wzniesienia kolejnego. Dzisiaj po nekropolii przy Wesołej pozostał tylko pamiątkowy obelisk.
Kolejny cmentarz, który będzie nas interesował do końca tej łódzkiej podróży to ten, który mieści się przy ulicy Brackiej. Założony w 1892 roku, nazywany "nowym cmentarzem żydowskim w Łodzi, dzisiaj zachwyca nie tylko grobowcami, które w większości są dziełami wysokiej sztuki kowalskiej i kamieniarskiej, ale także zadziwia pod względem ilości osób, które są tutaj pochowane - szacuje się, że to aż 160 tysięcy. I rzeczywiście, przestrzeń, jaką zajmuje to miejsce robi naprawdę ogromne wrażenie.To w końcu największa żydowska nekropolia w Polsce. Czasami można myśleć, że zaraz zgubimy się w gąszczu tych obrośniętych liśćmi i mchem grobowcami. Czy takie miejsce może chować jakieś tajemnice?
Oczywiście, przede wszystkim zabrał ze sobą tajemnice niejednej osoby, która została tutaj pogrzebana i nie zdążyła nacieszyć się życiem, chociażby ze względu na moment, który możemy uważać za najbardziej krwawy moment w dziejach historii - II Wojna Światowa i Holocaust. W czasie drugiej wojny światowej cmentarz. Po tym tragicznym okresie pozostało wspomnienie w postaci "pola gettowego", czyli miejsce masowego pochówku więźniów getta. Na tych polach pochowano około 45 tysięcy osób.

Fotorelacja z marca 2017 roku























Przędzalnia, która cienko przędła - upadek "królestwa Grohmanów". Opuszczona fabryka w Łodzi.

By // 3 komentarze:
Jak można się domyślić po treści umieszczanych na moim blogu, jestem raczej miłośniczką opuszczonych domów, pałaców czy też szkół, niekoniecznie industrialu. rzadko kiedy pozostawione maszyny i sprzęty wydają mi się tak bardzo fascynujące, jak skrawki czyjegoś osobistego życia zapisanego w listach pozostawionych w domach czy też pokazanych na zdjęciach. Jednak krótki pobyt w Łodzi musiał skończyć się jakąś eksploracją, traf sprawił, że najbliższym obiektem z dość łatwym wejściem była fabryka Grohmana.
Łódź pełna jest szarości, na każdym kroku widzimy coś opuszczonego. Opuszczone kamienice, domy, zakłady, fabryki, nie sposób przejść obojętnie obok takich obiektów i nie sfotografować chociażby małej części. Podczas pobytu w tym dość młodym mieście widok kamienic nie napawał mnie optymizmem - zapuszczone, brudne, pełne bezdomnych i zapomniane przez kogokolwiek ,a większość z nich to dzieła architektury późnej secesji. Budynek, który dzisiaj chcę przedstawić być może zapomniany jest przez innych, ale nie konserwatora. Na stronie dozoru obiektów wpisanych do rejestru zabytków napotykamy na takie informacje:
Obecny stan budynku:
Obecnie budynek jest w stanie agonalnym. Liczne dewastacje, brak zabezpieczenia, ciągłe szabrowanie stawia pod znakiem zapytania możliwość uratowania gmachu od ostatecznego unicestwienia.
Urząd Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków wszczął procedurę mającą doprowadzić do wywłaszczenia przędzalni zgodnie w zapisami Ustawy o Ochronie Zabytków i Opiece nad Zabytkami.

Stan z opisu odpowiada rzeczywistości, nie ma tutaj żadnej przesady. Fabryka rozpada się na oczach łodzian, być może tych, którzy pamiętają jeszcze czasy jej świetności. A jakie to dokładnie czasy, kiedy fabryka powstała? Na stronie dotyczącej zabytków widnieje tylko data jej początków, czyli 1888 rok. Więcej historii tutaj nie ma, tak jakby te wszystkie lata wcale nie były ważne. Ale jestem cierpliwa, szukam informacji.
I na coś natrafiłam, można przynajmniej nieco więcej powiedzieć na temat dużego gmachu, który pomimo swojej industrialnej funkcji zachwyca architekturą. Budynek z czerwonej cegły wybudowany został dla Henryka Grohmana, syna łódzkiego fabrykanta, Ludwika Grohamana. Nie można powiedzieć, że Henryk nie miał smykałki do interesów. Przejął biznes po ojcu i wcale nie odbiegał od niego pod względem sukcesów, być może osiągnął nawet więcej, niż ojciec. Wprowadził wiele zmian, które pozytywnie wpłynęły na rodzinne imperium włókiennictwa, które sukcesywnie rozbudowywał i modernizował.  Nie był tylko biznesmenem ale także mecenasem sztuki - do dzisiaj kolekcje grafik i ceramiki japońskiej możemy oglądać w stolicy właśnie dzięki niemu, ponieważ m.in. to podarował bibliotece uniwersytetu Warszawskiemu i Muzeum Narodowemu.
Budynek o czterech kondygnacjach wybudowano na kwadratowym planie, w środku mieściły się ogromne hale produkcyjne, magazyny, warsztaty. Działała bardzo dobrze, dopiero w roku 1939, kiedy to wybuchła wojna, zarówno ona, jak i cały łódzki przemysł zaczął upadać. Okupujący miasto Niemcy wywozili wszystko, co było wartościowe, co nie było - niszczyli. Zerwanie kontaktów handlowym z Rosja dodatkowo osłabiło sytuację lokalnego przemysłu. W tym samym roku zmarł także Henryk Gohman.
Im dalej posuwamy się w czasie, tym mniej znajdujemy informacji. Wiadomo tylko, że po drugiej wojnie fabrykę sprywatyzowano. Po 1989 zaczęła upadać jak dziesiątki innych łódzkich przędzalni. Jej ostateczny koniec nastąpił najprawdopodobniej około 2000 roku.
To niestety strzępki informacji i bardzo mało historii w tak bardzo historycznym miejscu. Przecież to dzięki przemysłowi Łódź była taką potęgą, dawała pracę ogromnej rzeszy nie tylko miejskiej ludności, wiele osób dojeżdżało do pracy z pobliskich mniejszych miejscowości. Ale dzisiaj zostały tylko te gołe mury i obietnice aktualnych właścicieli: że będą lofty, albo restauracje, albo kompleks biznesowy... Od lat nie dzieje się na tym terenie nic, prócz kradzieży zabytkowych kolumn czy ostatnich elementów, które można uznać za złom i sprzedać, żeby mieć na flaszkę, ewentualnie dwie. W punkt trafia jeden z komentujących artykuł dotyczący stanu fabryki Grohmana:

Ale chodzi o to ażeby najszybciej dokonać rozbiórki ruiny i budować szklane ....domy....A ja zawsze mówiłem i mówię- nie masz historii - nie masz pozostałości po czasach minionych - jesteś nikim...

Z echem tych słów przejdźmy się więc po fabryce, w zasadzie po jej nędznych resztkach.

Fotorelacja z marca 2017 roku

























Ostatni jubileusz. Opuszczona uczelnia "AlmaMer", cz. III - ostatnia

By // Brak komentarzy:
Problemy zaczęły się w 2011 roku, coraz częściej pojawiało się nie widmo sukcesu, ale widmo upadku. Upadku z samego szczytu. Tylko ci, którzy byli odpowiednio twardzi i zahartowani, aby ten upadek przeżyć pozostali do końca. I niestety - pomimo długów, które rosły, władze uczelni nie robiły nic. Otworzono nową część szkoły, w której zarówno uczniowie jak i administracja mogła "pływać" wręcz w luksusie. "Szklany dom" wyposażony był w najnowocześniejsze sprzęty, wszystko lśniło i pachniało nowością. Być może była to próba uspokojenia studentów i ludzi z zewnątrz - "spójrzcie, to wszystko nieprawda, wciąż się nam powodzi, trzymamy poziom!". Niestety, prócz zjawiskowo wyglądającego budynku, nie było nic - nie podjęto żadnych innych działań, które miałyby na uratowanie uczelni. Uczyli ekonomii, nie mając o niej najwyraźniej zbyt wielkiego pojęcia, chyba, że dobrą strategią można nazwać pobieranie wysokich czesnych przy poziomie nauczania, który pozostawiał coraz więcej do życzenia. Osoby, które pracowały w szkole nie odstawały wynagrodzenia, doszło do momentu, w którym trzeba było upominać się o pieniądze. Niektórzy nie wytrzymywali, szli do sądu po to, aby dostać pensję za ciężką pracę. Jeden z nich pozwał rektora uczelni i domagał się 50 tysięcy złotych.

O uczelni i władzach szkoły, która znajdowała się już na krawędzi bankructwa w marcu 2016 roku pisał o niej jeden z wykładowców w ten sposób:

Jestem wykładowcą tej szkoły. Rektor Pan Merski miły, lecz coraz bardziej bezradny. Podstawowa przyczyna kryzysu w tej szkole to gnuśność i arogancja większości administracji łącznie z Panią Kanclerz. Szkoła zalega z wypłatami honorarium. To wielki problem, lecz jeśli nawet, to należałoby oczekiwać sława prze-praszam i jakiegokolwiek terminu wypłaty za rok, za 2 – nie, to zbyt duży ciężar. Może, ale przynajmniej świadczyłoby to, o trosce wobec osób, którym Uczelnia jest coś winna, no i o pewnych standardach, których pracodawca zwłaszcza w branży edukacyjnej winien przestrzegać. Nić z tego lepsze obyczaje panują chociażby na bazarze Banacha. Wcale nie oznacza to, że wszyscy nie otrzymują należności. Dodatkowym problemem jest zupełny brak wizji wyjścia z kryzysu. Dominuje oczekiwanie na "cud”, czyli. Ze uda sie sprzedać cześć nieruchomości by pokryć długi. Brak koncepcji rekrutacji studentów, itp. W tej sytuacji trwa ujemna migracja kadry. Najlepsi wykładowcy dawno już odeszli. Zajęcia prowadzą w większości osoby z tytułem mgr bez żadnego przy-gotowanie metodycznego, itp. Niestety i ja kierując sie sentymentem mimochodem stałem się niewolnikiem - pracuje za darmo. Także i zakładnikiem niewypłaconej przez uczelnie pokaźnej kwoty w nadziei, ze wypłacą. Sam robie debety, bo nie stercza mi na utrzymanie. Ale na pracodawcy najwyraźniej nie robi to wrażenia, obiecuje i gra na zwłokę, żadnego szacunku, kłamstwa. Ministerstwo Edukacji zna sprawę lecz „umywa ręce” pomimo tego, iż nieopłacana Kadra zatroskana tym jak przeżyć , nie myśli o poziomie zajęć. Zawiodłem się. Uczelnia zawsze była dla mnie środowiskiem ludzi uczciwych a zwłaszcza tym, gdzie pojęcie honor coś znaczy.

W czerwcu 2016 roku nie było już nic. Aktualnie budynek stoi zdewastowany, zamieszkiwany przez bezdomnych. Szkoła ma wielomilionowe długi, na licytację komorniczą wystawiono wyposażenie uczelni, z które aktualnie nie pozostało już praktycznie nic, ale nie ze względu na samą licytacje, a poszukiwaczy fantów, które można z zyskiem sprzedać. Studenci chcą odzyskać dokumenty i dyplomy, którymi usłane są podłogi. Robią to na własną rękę, albo sami wchodzą do opuszczonej szkoły, albo dzwonią na numery podane na stronie. Chodzą słuchy, że sekretarka jednego wydziały za pieniądze wydaje im ich własność, za archiwizację. 
Strony uczelni już nie ma, ale kiedyś widniał na nich baner z człowiekiem sukcesu, dokładnie "liderem sukcesu". Do tego dążyli studenci, pisali, że sami chcieliby się obracać w takim kręgu. Jeszcze w 2011 roku uznawali AlmaMer za dobrze obraną drogę, która pozwoli im na zrealizowanie marzeń. Dzisiaj można powiedzieć, kto odniósł sukces zarobkowy: rektor, dobrze kombinująca kadra, która zarabia na braku ochrony danych osobowych oraz drobne złodziejaszki, pijaczki i narkomani.

Zdjęcia z marca 2016 roku



























Followers

Recent Posts

Popularne Posty

Popularne Posty