Trzech jeźdźców śmierci: zatrzymane zegary. Opuszczona, przydrożna chata

By // Brak komentarzy:
Tę chatę mijałam bardzo często w drodze do Warszawy. Wypatrywałam z okienka autobusu chaty, które mogłabym odwiedzić. Jednak przed zajrzeniem tutaj powstrzymywały mnie rowery, były barierą, która oddzieliła mnie od wejścia do tego domu i tarasowała mi do niego drogę ponad rok. Bo jak to: rowery oparte na szopie, więc jak miejsce może być opuszczone? Tego dnia, kiedy udało się w końcu zobaczyć, co te stare ściany w sobie kryją, miejsce jakby zapraszało do siebie. Jeden z towarzyszy eksploracji wypatrzył, że drzwi są uchylone - był to listopad, więc wietrzenie domu w taki sposób nie jest czymś powszechnym w jesiennym okresie. Postanowiliśmy wejść do środka i rzeczywiście, dom był opuszczony, ale jak się potem okazało - nie był całkiem bezinteresowny dla okolicznych mieszkańców...
Chata nie była zbyt duża, właściwie była podzielona na dwie, oddzielone od siebie grubą ścianą części. Po prawej stronie mieszkała się izba mieszkalna, w które kiedyś zapewne mieszkała cała rodzina. Po prawej stronie znajdowało się coś, co można uznać za mniejszą szopę albo po prostu składzik na niepotrzebne rzeczy. Zaczęłam od pokoju mieszkalnego, ponieważ mnie najbardziej interesują te miejsca, w których niegdyś najczęściej tętniło życie. Pokój wyglądał na taki, który zamieszkiwała tylko jedna osoba, pomimo tego, że miejsc do spania było więcej - kobiece ciuchy, chusty czy też mała ilość garnków stojących na piecyku. Z wystroju wynikało, że miejsce to zamieszkiwała starsza osoba - bardzo dużo dewocjonaliów, stworzony swego rodzaju ołtarzyk ze świętych figurek i obrazków pokazywały także, jaka była mieszkanka tej chaty. Bardzo religijna, starsza osoba, która ceniła sobie porządek (kiedyś chata na pewno taka była - uporządkowana). Ale czy ceniła sobie samotność? Po pokoju walały się przeróżnej maści dokumenty: rachunki, kwity potwierdzające zapłatę, akty urodzenia i zgonu. Akty zgonu najbardziej przykuły moją uwagę, było ich dokładnie dwa. Na obu aktach widniały imiona męskie. Jeden z mężczyzn  był zapewne mężem pani, która tutaj mieszkała. Nie przeżył zbyt wielu lat, ale na pewno więcej od ich syna - miał zaledwie kilkanaście lat, kiedy zmarł. Kobieta od tego czasu pozostawała sama. O ile dzisiaj chata stoi w pobliżu drogi, na przeciwko niej stoi duży, nowy dom, tak kiedyś na pewno było ciężko o towarzystwo. Była tutaj całkiem sama - ze swoimi obowiązkami, troskami, może małymi szczęściami, nie mogła się z niczym dobrym ani złym podzielić z nikim, i tak do końca.
Nagle podczas zwiedzania do pokoju wszedł mężczyzna z siekierą. Zapytał, kim jesteśmy, co tutaj robimy, czego szukamy. Przedstawił się jako sołtys, pokazał palcem dom naprzeciwko chaty, w którym mieszka. Zapytany o to, kto tutaj mieszka, opowiadał historię starszej pani, upychając po kieszeniach przedmioty, które mu się spodobały: a to zegarek, a to młynek do kawy, z parapetu zabrał siekierę i otrzepując ją z kurzu, jednocześnie przerywając historię kobiety ocenił, że "siekiera jeszcze dobra". I tak na naszych oczach zbierał co ciekawsze rzeczy mówiąc, że musi bronić chaty przed wandalami, bo dużo się tutaj ich kręciło, szyby wybijali, piwo pili, kraść chcieli. A przecież trzeba szanować takie miejsca.
Podczas jego opowiadania potwierdziło się to, co myślałam o mieszkańcach tego miejsca: była to starsza kobieta, która od momentu śmierci męża i syna pozostawała sama. Byli jacyś członkowie rodziny, ale z racji tego, że nie posiadała ona dużego majątku, nie zainteresowali się nią, kiedy była już naprawdę schorowana. Przy końcu swojego życia leżała półprzytomna w łóżku, aż któryś z sąsiadów się nią zainteresował - była wycieńczona, zabrano ją do szpitala i tam zmarła. Zmarła daleko od domu, ale w końcu ktoś nią się zainteresował. Odeszła wraz z początkiem nowego millenium.
Sołtys stwierdził, że smutny był jej los, żyć tak samemu. Sfotografowałam cały dom, także z zewnątrz, w tym czasie syn sołtysa stojąc cały w opiłkach drzewa patrzył się na nas spod byka - w końcu jesteśmy obcy i robimy jakieś zdjęcia, po co nam to. Sołtys ciągle napominał - "tylko nam nie robić zdjęć!". A rowery, jak stały tak stały - oczywiście własność naszego gościa. Pilnowały drzewa, które przechowuje w szopie nieżyjącej kobiety.










Koty cmentarne. Żydowski cmentarz na południu Polski, cz.II

By // Brak komentarzy:
Niestety, wiele spraw doprowadziło do tego, że dopiero dzisiaj mogę w pełni wrócić do bloga i przedstawić Wam wiele wspaniałych miejsc. Z jednej strony niestety, z drugiej "stety", ponieważ w tym czasie nie próżnowałam - mimo nieobecności w internecie byłam bardzo obecna w świecie realnym, aktywna w zdobywaniu nowych miejsc, zwłaszcza tych na terenie województwa mazowieckiego. Ale póki co należy zakończyć temat, który może czytających zaciekawić - powróćmy na cmentarz żydowski w Tarnowie.
W czasie I Wojny Światowej miasto było dość ważnym punktem i doszło do wielu sytuacji - także takich, które bezpośrednio związane są z kirkutem. Szczególnie głośno mówi się o dwóch: pierwszym z nich jest sytuacja, w której tarnowscy żydzi stali się zakładnikami Rosjan ( od końca 1914 roku do początku maja 1915 roku miasto pozostawało w ich rękach). Komendant miasta zażądał wybranie 14 zakładników. Dlaczego? Otóż podejrzewał, że tarnowianie utrzymują kontakt z wojskiem austriackim. Być może coś w tym było, ponieważ obok cmentarza żydowskiego odnaleziono sprytnie ukryte połączenie telefoniczne. Rosjanie wybrali aż 31 zakładników i odesłali ich w głąb Rosji, oskarżając wcześniej o kontakt z konkurencyjnym wojskiem.
W związku z I Wojną światową wiążą się groby żołnierskie, których jest 43 na cmentarzu. Miejsce na wieczny odpoczynek znaleźli tutaj żołnierze austro-węgierskiej armii.
W latach 1930-31 cmentarz przynosił gminie dość duże zyski. Pomimo tego wiele osób żebrało właśnie pod tym kirkutem, co irytowało okolicznych mieszkańców. Stąd też wybrano dobry sposób na żebraków: pieniądze wrzucano do puszki w stowarzyszeniu dobroczynnym o nazwie "Cedaka" a żebracy, którzy wcześniej zarejestrowali się, otrzymywali pomoc finansową właśnie z tych puszek. Nie wiadomo jednak, czy rozwiązało to problemy żebractwa pod cmentarzem, ponieważ współcześnie ciężko odnaleźć o tym jakiekolwiek informacje.
Po latach, które można uznać za jasne, pełne beztroski i drobnych, acz czasami zabawnych akcentów związanych z kirkutem, przychodzi czas okupacji. Moment, w którym wybuchła II Wojna Światowa to najczarniejszy okres w historii żydów polskich. Rankiem 7 września niemieccy żołnierze wkroczyli do miasta. Już 20 września wydano zarządzenie o tym, że żydzi tarnowscy muszą nosić białe opaski na ramieniu - niemiecka administracja Tarnowa tym rozkazem wyprzedziła Hansa Franka, który w Krakowie wydał takie zarządzenie dopiero 10 listopada 1939 roku.  Między 9 a 11 listopada niemieccy żołnierze podpalili wszystkie synagogi w Tarnowie. 14 czerwca 1940 roku dokonano pierwszego transportu żydów do Oświęcimia. To niechlubny dzień dla historii miasta, ponieważ wtedy z Tarnowa zniknęło wielu poważanych, szanowanych ludzi, którzy zrobili dla niego wiele, m.in. Zdzisław Simche, autor monografii "Tarnów i jego okolice".
Do czasu ostatecznej klęski narodu wybranego w Tarnowie starano się o normalny pochówek dla ludzi - na cmentarzu spotkamy groby z datami 1940 i 1941. Po wojnie, konkretnie aż do lat 90 fragmenty grobów leżały poupychane w sterty.
Między 1940-43 rokiem na cmentarzach dokonywano masowych rozstrzeliwań Żydów. Stało się tak i tutaj: około dwudziestu żydów wykopało dwa, duże doły, w którym oni jak i ich "bracia" skończyli swój żywot.
Ostateczna akcja, mająca na celu "oczyścić" miasto od Żydów odbyła się miedzy 2 a 3 września 1943 roku. W lutym 1944 roku miasto ogłoszono jako "Judenrein".
Cmentarz miał został także unicestwiony, po Żydach nie miało zostać ani jednego śladu. Nagrobki były wykorzystywane do umacniania chodników i dróg. Niemcy planowali wybudowanie basenu z pozostałych nagrobków.
Po Wojnie cmentarz otoczono opieką - wiele nagrobków, które leżały w stertach zostały uporządkowane, poukładane, dokonywano ekshumacji ciał oraz sprowadzanie ich na tarnowski kirkut.
Podczas moich odwiedzin na cmentarzu pojawiły się dwa, czarne koty. Byłam tam wtedy ze znajomą, pasjonatką takich cmentarzy. Nie opuszczały nas an na krok, dokładnie śledziły każdy nasz ruch, obserwowały nasze poczynania ukryte między nagrobkami. Kiedy chciałyśmy od nich podejść nieco bliżej - uciekały. Ale doprowadziły nas na koniec cmentarza, potem odprowadziły do bramy, kiedy kończyłyśmy wycieczkę. Czy to tylko koty cmentarne, które szukały pożywieni? Czy może strażnicy cmentarza, którzy kiedyś mieszkali w żydowskiej części miasta...?

Fotorelacja z 30 grudnia 2016 roku



























Koty cmentarne. Żydowski cmentarz na południu Polski, cz.I

By // Brak komentarzy:
Dzień tuż przed nocą sylwestrową wydawał się idealnym na odwiedzenie tego miejsca. Mało ludzi, którzy kręciliby się w okolicy, na pewno brak jakichkolwiek wycieczek do tego miejsca, które nie jest tak do końca puszczone. Kiedyś otaczał je słaby mur, którego tynk dawno obsypał się i pokazywał starą, czerwoną cegłę. Ogromna brama zamknięta na duży klucz chroni obiekt przed tymi, którzy zdecydowanie nie powinni tutaj być. Kiedyś drobne pijaczki szukały tutaj szczęścia, szukały "żydowskiego złota", a po nieudanych poszukiwaniach odpoczywali, opierając się o nagrobki i sącząc napój bogów, czyli piwo. Puszki zostawiali na pamiątkę. Ponoć zgodnie z tradycją żydowską miejsce to, prócz drobnego sprzątania, nie jest porządkowane, trawa rośnie i pokrywa nagrobki. Mimo tego kirkut uważany jest za jeden z bardziej zadbanych w Polsce.
Z wielu wzmiankach w księgach i literaturze wynika, że Żydzi pojawili się i zamieszkiwali Tarnów na stałe już w XV wieku. Zakłada się że to właśnie w tym czasie założono także w tym czasie, a na pewno musiał już funkcjonować w XVI wieku, bowiem wtedy miasto zamieszkiwało już kilkadziesiąt żydowskich rodzin. W maju 1631 roku zawarto porozumienie między Żydami a Radą Miasta, w którym to między innymi ustalono stawkę, jaką starsi Żydzi powinni płacić, a która wynosiła 8 złotych na rok. Umowa ta chroniła także Żydów i mówiła o nietykalności miejsca, jakim był cmentarz. W XVII wieku, po wielu nieporozumieniach, które zaistniały między Żydami a innymi mieszkańcami Tarnowa doszło w końcu do porozumienia. Żydzi ciągle płacili podatki za cmentarz. W maju 1763 roku wynosił on 3 złote pogłównego. Cena za pogrzeb w okresie zaboru austriackiego wynosiła ok. 5 złotych, chociaż niektórzy płacili znacznie więcej: spadkobiercy Lazara Maschlera zapłacili 5 tysięcy złotych, Wolf Kohane - tyle samo. W czasie zaborów protestantów oburzył pochówek żydów. Zadziwiła ich bardzo mała głębokość grobu, w którym chowane zostaje ciało. Bardzo kontrowersyjny był także transport ciała na cmentarz oraz fakt, że ciało zostało pochowane przed upływem 48 godzin. W związku z tym władze austriackie wydały pewne zalecenia związane z pochówkiem: transport wszystkich ciał w szczelnych trumnach. Kary za nieprzestrzeganie tych zasad były dość duże: 100 złotych grzywny albo dwudniowych areszt. 













Niemy świadek rozstania. Opuszczony dom na wzgórzu

By // 3 komentarze:
Żeby dostać się do tego domu, trzeba było pokonać kawał drogi. A jak to w życiu bywa, nie była ona zbyt łatwa - zakręcona, cały czas do góry, i to w dodatku stromej. Łatwo nie było, pewności, że miejsce będzie w stanie, który zezwoli na oglądanie, "zwiedzanie" - nie było. Bo jak można się domyśleć, stan opuszczonych budynków może zmienić się bardzo szybko, raz są one dostępne, za tydzień już może nie być wejścia albo - co gorsza - może już nie być budynku.
Pogoda sprzyjała, okoliczności natury także. Piękna, złota jesień umilała tę ciężką wędrówkę. Kiedy już byłam na miejscu, zobaczyłam małe gospodarstwo - ot, takie sobie niczym się nie wyróżniające. Na wielu wsiach widziałam podobne, tyle, że jeszcze zamieszkane. To takie miejsce, gdzie stare budownictwo łączy się z pewnymi unowocześnieniami, które chociażby widać w całkiem nowych i trochę (jak na owe czasy nawet na pewno!) dizajnerskie drzwi czy też małe elementy wyposażenie. Wejście nie było łatwe, bo jedynie przez okno. W środku czekał na gości taboret, który pomagał salwować się przed upadkiem, ale niestety - podłoga nie była już taka skłonna przyjmować kolejnych odwiedzających, zapadała się na długości całego korytarza. Jeden nieostrożny ruch i można utknąć w takim miejscu na długo.
Miejsce ma nietypowy klimat. Kojarzy mi się trochę z wieloma dokumentami kryminalnymi i momenty, w których prezentowane są dość brutalne wydarzenia i dzielnice, które nie mogą cieszyć się dobrą sławą. Dla mnie to miejsce miało coś z dawnej Nowej Huty w Krakowie, przeszłych "Szmulek" w Warszawie i najciemniejszych dzielnic Pragi Północ albo zakątków Dworca Centralnego sprzed ponad 10 lat, gdzie kręcili się różni, niekoniecznie przyjaźnie nastawieni ludzie. Najmocniej poczułam to wchodząc do salonu - po każdej stronie rozstawione wersalki, na środku stolik, światło wpadało do pokoju, ale było bardzo stłumione, ciężko powiedzieć, że to miejsce, w którym chce się pić niedzielną, poobiednią kawę i zagryzać herbatnikami. Z sufitu opada już tynk, ten pokój najszybciej sypie się ze wszystkich. Kuchnia za to sprawia najmilsze wrażenie. Na ścianach porozklejane są plakaty gwiazd, idoli nastolatków sprzed kilku i kilkunastu lat. Widać, że ktoś był na czasie i czytywał "Bravo", które do dzisiaj jest sławne wśród młodzieży. Niestety, niewiele osobistych rzeczy znalazłam w tym domu, można nawet powiedzieć, że praktycznie żadnych, bo kalendarz z papieżem albo gazeta sprzed dekady to nie są żadne pamiątki, to nie jest coś, po czym można poznać człowieka. Ale jako, że zawsze bardzo chcę poznać historię odwiedzanych przeze mnie miejsc, grzebałam i to do skutku: udało się znaleźć jeden dokument, który wyglądał po prostu jak kwitek, niezbyt znaczący. Jak się okazuje, ten mały skrawek papieru musiał mieć duże znaczenie, bowiem dziecko, które mieszkało tutaj ze swoją matką zostało zgodnie z wyrokiem sądu skierowane do domu dziecka. Co musiało się dziać, że musiało tam odejść? Czy słusznie, czy na pewno ta historia powinna się tak potoczyć? I czy dlatego to miejsce stoi teraz opuszczone? Nie wiem, czy ja kiedykolwiek znajdę odpowiedź na to pytanie. Wiem tylko to, że dom rodzi niesamowicie przygnębiające wrażenie, nie widać, żeby mieszkali tutaj kiedykolwiek "żywi" ludzie a jeśli, to nie było tutaj pozytywnej atmosfery i to chyba pozostawili w tym miejscu - smutek.

Fotorelacja z października 2016 roku















Followers

Recent Posts

Popularne Posty

Popularne Posty